WegeMaluch.pl

FB TW G+ Zarejestruj Rejestacja / Login

Dżok - Kraków

Najważniejszy był Pan. Jego zapach, głos, dobre dłonie, które drapały Dżoka za uchem, klepały po grzbiecie, czesały, podawały miskę. Poczucie bezpieczeństwa, które od Pana pochodziło i sprawiało, że Dżok nie musiał się martwić o kierunek – wystarczyło, że szedł tam, gdzie jego Pan i już wszystko musiało być w porządku. I było.

Poza Panem był jeszcze świat zapachów, czasem nudnawy jak codzienna gazeta, ale czasem fascynujący, straszny i podniecający. Ulice pachniały zwyczajnością, ale gdzieniegdzie pojawiał się zapach strachu, czego Dżok bardzo nie lubił. Czasem na latarni była wypisana groźba. „Byłem tu. Jestem potężny. Przyjdę tu znowu. Ten teren będzie mój.”

Tego się oczywiście można było przestraszyć, ale nie tak znowu bardzo. Przede wszystkim było się z Panem!

Kiedy indziej zapach wabił „delikatna, drobna suczka pozna miłego kawalera. Najchętniej z własnym mieszkaniem. Cel matrymonialny.” Dżok wwąchiwał się w ten komunikat, a potem unosił łeb w kierunku, w którym odeszła delikatna suczka i wpatrując się w dal szczękał zębami, usiłując zapach zarówno poczuć nosem, jak posmakować. Żeby potem wiedzieć, że to właśnie ona. Przecież on, Dżok, był z pewnością miłym kawalerem. Z mieszkaniem. Bo Pan na pewno nie miałby nic przeciw temu, żeby w ich domu zamieszkała panienka. Zwłaszcza delikatna.

Mieszkanie było Pana i Dżoka, ale kiedy Pan wychodził, Dżok nie chciał zostawać w nim sam. Pokoje były za puste, w ulubionym fotelu Pana siedział tylko zapach, a to przecież za mało dla kochającego psa. Zapach, nawet ten najukochańszy, nie wyciągnie ręki, żeby psa poklepać. I to już wystarczy, żeby nie wystarczał. Dlatego Dżok stoczył długa walkę o to, żeby czekać na Pana gdzie indziej. Z dziwnych przyczyn Pan musiał codziennie wychodzić z domu i szedł w miejsce, do którego Dżok nie mógł mu towarzyszyć. Dżok bardzo się starał Panu wytłumaczyć, że chce z nim iść do samego końca, ale Pan był głuchy na jego tłumaczenia. Nie, Dżok. Zostań, mówił, do pracy cię nie mogę zabrać. Zostań. A Dżok zachodził w głowę, co to takiego jest ta praca, do której nie można zabrać psa.

Wiedział jedno. Ta praca nie zaczyna się zaraz za progiem mieszkania, więc spory kawałek mógłby z panem iść. I czekać tam, gdzie jest granica między pracą, do której nie wpuszczają psów, tylko samych Panów, a światem, w którym Pan mógł być razem z psem. I o ten kawałek życia, który Pan mógł spędzić jeszcze z nim, Dżok postanowił walczyć.

Najpierw próbował wybiec Panu między nogami, kiedy tylko zorientował się, że zbliża się pora odejścia. Ale Pan też był sprytny i jakoś zawsze zdążył temu zapobiec. Znikał za drzwiami, słychać było tylko przekręcanie klucza i potem coraz cichsze kroki. I wtedy Dżok zaczynał wyć. Rozpaczliwie. Wył raz ciszej, raz głośniej, modulując dźwięki i wyśpiewując cały swój protest i tęsknotę. Wył subtelnie i gardłowo, poszczekiwał, skomlał. I tak przez cały czas, z bardzo krótkim przerwami na zaczerpnięcie oddechu. Już po paru minutach w domu zaczynały trzaskać drzwi. I, jakby wtórując Dżokowi w jego smutku, zaczynali wyć ludzie. Nie wyli wprawdzie tak pięknie, jak Dżok, ale czynili to również z wielkim zaangażowaniem. I zawsze ktoś się do tego wtórowania znalazł, rzadko się zdarzało, żeby wszyscy na raz opuszczali dom. Chociaż ostatnio jakby częściej.

Drzwi trzaskały ponownie, kiedy Pan wracał do domu. Dżok cichł w momencie, kiedy wyczuwał pojawienie się Pana na początku ulicy. Ludzie wcale wtedy nie cichli. Towarzyszyli Panu głosami w wędrówce na górę co się Dżokowi wcale nie podobało, bo oni na Pana warczeli, a Dżok nie mógł stanąć obok i warknąć też. A przecież wiedział już, że w rozmowie z ludźmi takie warknięcie często przynosi znakomite rezultaty.

Pan stawał w drzwiach, Dżok rzucał się, żeby się z nim przywitać, a pan nie witał się jakoś bardzo serdecznie, tylko patrzył na psa, kiwał głową i mówił „i co ja mam z tobą zrobić?”. Z troską. Ze smutkiem. A Dżok wiedział tylko jedno – Pan jest już w domu.

Któregoś dnia warknięcie sąsiada dopadło Pana podczas zamykania drzwi i tak się jakoś stało, ze Pan drzwi nie zamknął. Poszedł sobie, nie wiedząc nawet, że tym razem wcale nie idzie sam.

Dżok czuł, że Pan może nie być zachwycony jego obecnością, więc szedł, a właściwie przemykał się kawałek z tyłu z gorącym postanowieniem dotarcia do miejsce, gdzie zaczyna się świat panów bez psów.

Najważniejszy był Pan. Jego zapach, głos, dobre dłonie, które drapały Dżoka za uchem, klepały po grzbiecie, czesały, podawały miskę. Poczucie bezpieczeństwa, które od Pana pochodziło i sprawiało, że Dżok nie musiał się martwić o kierunek – wystarczyło, że szedł tam, gdzie jego Pan i już wszystko musiało być w porządku. I było.

Poza Panem był jeszcze świat zapachów, czasem nudnawy jak codzienna gazeta, ale czasem fascynujący, straszny i podniecający. Ulice pachniały zwyczajnością, ale gdzieniegdzie pojawiał się zapach strachu, czego Dżok bardzo nie lubił. Czasem na latarni była wypisana groźba. „Byłem tu. Jestem potężny. Przyjdę tu znowu. Ten teren będzie mój.”

Tego się oczywiście można było przestraszyć, ale nie tak znowu bardzo. Przede wszystkim było się z Panem!

Kiedy indziej zapach wabił „delikatna, drobna suczka pozna miłego kawalera. Najchętniej z własnym mieszkaniem. Cel matrymonialny.” Dżok wwąchiwał się w ten komunikat, a potem unosił łeb w kierunku, w którym odeszła delikatna suczka i wpatrując się w dal szczękał zębami, usiłując zapach zarówno poczuć nosem, jak posmakować. Żeby potem wiedzieć, że to właśnie ona. Przecież on, Dżok, był z pewnością miłym kawalerem. Z mieszkaniem. Bo Pan na pewno nie miałby nic przeciw temu, żeby w ich domu zamieszkała panienka. Zwłaszcza delikatna.

Mieszkanie było Pana i Dżoka, ale kiedy Pan wychodził, Dżok nie chciał zostawać w nim sam. Pokoje były za puste, w ulubionym fotelu Pana siedział tylko zapach, a to przecież za mało dla kochającego psa. Zapach, nawet ten najukochańszy, nie wyciągnie ręki, żeby psa poklepać. I to już wystarczy, żeby nie wystarczał. Dlatego Dżok stoczył długa walkę o to, żeby czekać na Pana gdzie indziej. Z dziwnych przyczyn Pan musiał codziennie wychodzić z domu i szedł w miejsce, do którego Dżok nie mógł mu towarzyszyć. Dżok bardzo się starał Panu wytłumaczyć, że chce z nim iść do samego końca, ale Pan był głuchy na jego tłumaczenia. Nie, Dżok. Zostań, mówił, do pracy cię nie mogę zabrać. Zostań. A Dżok zachodził w głowę, co to takiego jest ta praca, do której nie można zabrać psa.

Wiedział jedno. Ta praca nie zaczyna się zaraz za progiem mieszkania, więc spory kawałek mógłby z panem iść. I czekać tam, gdzie jest granica między pracą, do której nie wpuszczają psów, tylko samych Panów, a światem, w którym Pan mógł być razem z psem. I o ten kawałek życia, który Pan mógł spędzić jeszcze z nim, Dżok postanowił walczyć.

Najpierw próbował wybiec Panu między nogami, kiedy tylko zorientował się, że zbliża się pora odejścia. Ale Pan też był sprytny i jakoś zawsze zdążył temu zapobiec. Znikał za drzwiami, słychać było tylko przekręcanie klucza i potem coraz cichsze kroki. I wtedy Dżok zaczynał wyć. Rozpaczliwie. Wył raz ciszej, raz głośniej, modulując dźwięki i wyśpiewując cały swój protest i tęsknotę. Wył subtelnie i gardłowo, poszczekiwał, skomlał. I tak przez cały czas, z bardzo krótkim przerwami na zaczerpnięcie oddechu. Już po paru minutach w domu zaczynały trzaskać drzwi. I, jakby wtórując Dżokowi w jego smutku, zaczynali wyć ludzie. Nie wyli wprawdzie tak pięknie, jak Dżok, ale czynili to również z wielkim zaangażowaniem. I zawsze ktoś się do tego wtórowania znalazł, rzadko się zdarzało, żeby wszyscy na raz opuszczali dom. Chociaż ostatnio jakby częściej.

Drzwi trzaskały ponownie, kiedy Pan wracał do domu. Dżok cichł w momencie, kiedy wyczuwał pojawienie się Pana na początku ulicy. Ludzie wcale wtedy nie cichli. Towarzyszyli Panu głosami w wędrówce na górę co się Dżokowi wcale nie podobało, bo oni na Pana warczeli, a Dżok nie mógł stanąć obok i warknąć też. A przecież wiedział już, że w rozmowie z ludźmi takie warknięcie często przynosi znakomite rezultaty.

Pan stawał w drzwiach, Dżok rzucał się, żeby się z nim przywitać, a pan nie witał się jakoś bardzo serdecznie, tylko patrzył na psa, kiwał głową i mówił „i co ja mam z tobą zrobić?”. Z troską. Ze smutkiem. A Dżok wiedział tylko jedno – Pan jest już w domu.

Któregoś dnia warknięcie sąsiada dopadło Pana podczas zamykania drzwi i tak się jakoś stało, ze Pan drzwi nie zamknął. Poszedł sobie, nie wiedząc nawet, że tym razem wcale nie idzie sam.

Dżok czuł, że Pan może nie być zachwycony jego obecnością, więc szedł, a właściwie przemykał się kawałek z tyłu z gorącym postanowieniem dotarcia do miejsce, gdzie zaczyna się świat panów bez psów.

Odprowadzę Cię

Nie musiał iść długo. Pan stanął w pewnym momencie i najwyraźniej na coś czekał. Patrzył na zegarek, potem gdzieś w dal. I tak na przemian. A potem nadjechał ze zgrzytem i chrzęstem pojazd, którego Dżok bardzo nie lubił i połknął Pana. Dżok w pierwszym momencie chciał biec za połkniętym Panem, ale tuż za jego plecami pojawił się nagle następny chrzęszczący, więc Dżok zdecydował, że to chyba jest właśnie ta granica. Wrócił w miejsce, na którym Pan stał wpatrując się w zegarek i postanowił tam właśnie na niego czekać. Musiał tylko odejść trochę na bok, bo za bardzo potrącali go ludzie, ale niedaleko był kawałek miękkiej trawy, na której każdemu psu z pewnością byłoby wygodnie.

Dżok czekał cierpliwie, pies potrafi czekać bardzo cierpliwie, kiedy to jest potrzebne. Kiedy to nie jest czekanie na miskę, na przykład. Albo na poranny spacer.

Dzień mijał i nadchodził czas, kiedy Pan zazwyczaj zbliżał się do domu. W ciągu dnia przejeżdżało wiele chrzęszczących i Dżok często z nadzieją podnosił głowę, ale dopiero teraz nadjechał taki, który otworzył pysk i wśród wielu innych ludzi wypluł i Pana. Dżok podniósł się niepewnie. Z jednej strony bardzo chciał Pana przywitać, z drugiej nie do końca był pewien, że Pana ucieszy jego obecność. Dlatego podchodził powoli, na lekko przykurczonych łapach, na wszelki wypadek rozciągając wargi w przepraszającym uśmiechu i kiwając koniuszkiem schowanego między nogami ogona.

- Dżok!? – Pan był tak zdziwiony, że nawet nie potrafił się rozzłościć – co ty tu robisz?

A Dżok przypadł do Pana i w szaleńczych podskokach zaczął go okrążać, całym ciałem krzycząc o tym, jak bardzo tęsknił, jak bardzo było mu smutno i jak bardzo teraz się cieszy. I już było za późno na gniew, chociaż Pan bardzo chciał się rozgniewać i pokrzyczeć na Dżoka. Tyle, że wiedział, że nie potrafi psu niczego wytłumaczyć, a jeżeli nie potrafi, to cały ten gniew można odesłać tam, skąd się wziął.

I odtąd już było właśnie tak. Rano Pan nie uciekał do pracy sam, zamykając w mieszkaniu tęsknotę, tylko mruczał pod nosem, że Dżok już się może szykować i Dżok pędził do drzwi jak najszybciej, żeby przypadkiem Pan nie zmienił zdania. Wędrowali we dwóch na przystanek, gdzie Pan dawał się połykać, a Dżok kładł się na kawałku miękkiej trawy i z głową na łapach czekał, aż nadjedzie taki chrzęszczący, który wypuści Pana z powrotem. A potem wracali do domu. I nikt już nie słyszał Dżokowego wycia.

Ludzie na przystanku przyzwyczaili się do obecności psa. Zagadywali go czasem przyjaźnie, bronili przed tymi, którym nie podobał się czekający pies, czasem ktoś rzucił mu coś dobrego, za co Dżok dziękował lekkim kiwnięciem ogona. Ale nie był zadowolony, kiedy ktoś podchodził zbyt blisko. Dżok lubił drapanie za uchem, ale tylko wtedy, kiedy drapała ręka Pana.

Czekając

A potem nadszedł dzień, kiedy żaden z chrzęszczących nie wypuścił z siebie Dżokowego Pana, chociaż był już na to czas. Robiło się coraz ciemniej i ciemniej, a Dżok leżał na swoim kawałku trawy, cierpliwy, ale coraz bardziej zaniepokojony.

Minęła noc. Dżok wiedział, że zbliża się chwila, kiedy on i Pan wychodzili z domu, ale przecież Pan ciągle jeszcze nie wrócił. Przez moment pomyślał, że może Pan przemknął obok niego i wrócił do domu sam, ale nie. Zapach prowadził wyraźnie w stronę świata, który codziennie zabierał Pana na wiele godzin. Dżok wrócił na swoją trawę zdecydowany nie ruszać się aż do chwili, gdy Pan wreszcie pojawi się w drzwiach nadjeżdżającego chrzęszczącego.

Nie wiadomo kiedy ktoś zauważył, że Dżok już nie wraca na noc do domu. Ale zauważył i Dżokowi zaczęło być trudno. Wprawdzie raz po raz jakaś litościwa ręka podrzucała mu coś do jedzenia, co tym razem traktował o wiele poważniej, skoro w domu nie czekała już przygotowana przez Pana miska, ale pojawiało się coraz więcej takich, którzy nie chcieli, żeby Dżok dalej czekał. Niektórzy rzucali w niego kamieniami. Wtedy Dżok odbiegał na moment, starając się nie spuszczać wzroku z ulicy i wracał na swoje miejsce, kiedy niebezpieczeństwo mijało. Inni stwierdzali, że to skandal, że taki porzucony pies, że trzeba go odprowadzić do schroniska, że jak tak można. Ale kiedy znalazł się ktoś, kto sięgnął po Dżoka, pies warknął groźnie i wyciągnięta ręka natychmiast się cofnęła.

Mijały dni, tygodnie, miesiące. Dżok nie wyglądał już tak dobrze, jak dawniej. Jego sierść była coraz bardziej skołtuniona, boki zapadły, bo nie zawsze znalazł się ktoś, kto miał ochotę poczęstować czekającego psa. Dżok trochę zdziczał, ale ciągle wiedział, dlaczego musi trwać w tym jednym miejscu.

Starsza pani

W pewnym momencie Dżok zauważył, że pewien zapach pojawia się przy nim częściej niż inne. Zapach należał do starszej pani, która zaczęła pojawiać się na Dżokowym przystanku codziennie. I codziennie kładła przed psem coś do jedzenia. I nie próbowała podchodzić na tyle blisko, żeby Dżok musiał się zaniepokoić. I przyniosła drewnianą skrzynkę, która mogła dać ochronę przed słońcem i deszczem. I mówiła cichym, spokojnym głosem. I po jakimś czasie tym cichym, spokojnym głosem powiedziała „chodź, Dżok. Chodź ze mną”. A Dżok zmarszczył czoło intensywnie myśląc, aż wreszcie wstał i powolutku ruszył za starszą panią. Oglądając się raz po raz za siebie. Trudno mu było iść, bo przecież od wielu dni prawie tylko leżał, ale szedł. A pani doszła do niewielkiego domku, otworzyła drzwi i powiedziała – wejdź. I Dżok wszedł. Po raz pierwszy od tak bardzo dawna poczuł na swoim łbie ciężar ludzkiej dłoni i sprawiało mu to przyjemność. Pani pokazała mu miejsce, na którym mógł spać i miejsce, gdzie stała pełna miska. Dżok zjadł, a potem podszedł do Pani i oparł głowę na jej dłoni. Na chwilkę. Na jedno dziękuję. Zasnął i śniło mu się, że czeka na przystanku.

Rano Pani zaprosiła Dżoka na spacer. Chciała iść nad rzekę, ale kiedy zauważyła, że Dżok skręca w stronę przystanku, pokiwała głową i poszła za nim. Posiedzieli oboje, wpatrując się w odjeżdżające i nadjeżdżające tramwaje, a potem oboje wrócili do małego domku gdzie było miejsce do spania i pełna miska.

To powinien być koniec historii Dżoka. Dżok powinien dożyć swoich dni u starszej pani, a potem znaleźć miejsce w jej ogrodzie. Tak byłoby sprawiedliwie, ale życie wcale nie jest sprawiedliwe. Dlatego któregoś dnia Dżok poczuł bardzo zły zapach, a Pani wcale nie chciała wstać z łóżka. Dżok szturchał ją nosem, bo przecież pora już była najwyższa iść na przystanek, ale ręka Pani była zimna. I nieruchoma. I wcale nie chciała podrapać psa za uchem. Dżok uniósł łeb i po raz pierwszy od bardzo dawna rozpaczliwie zawył. Wył ciągle jeszcze, kiedy w małym domku zaroiło się od ludzi, którzy krzątali się nerwowo po wszystkich pokojach. Kiedy chcieli zabrać Panią, Dżok zaczął się szarpać tak rozpaczliwie, że nagle pojawili się ludzie pachnący psim strachem i zarzucili na niego coś, w czym nie mógł się już bardziej szarpać. I w tym czymś trafił w kolejne miejsce.

Od czubka nosa po koniuszek ogona Dżok czuł, że to nie jest miejsce, w którym powinien być. On miał dom, miał swój dom, w którym coś się wprawdzie zmieniło, ale przecież w dalszym ciągu to był jego dom. A tu pachniało smutkiem, tęsknotą i bezdomnością. Tu plątało się między klatkami tyle niepotrzebnych nikomu uczuć, że normalnemu psu aż trudno było głęboko oddychać.

Dżok wiedział, że musi odejść. Że musi wykorzystać pierwszą nadającą się okazję, żeby przestać być w tym miejscu, a zacząć być tam, gdzie czekały na niego ukochane zapachy. I może Pani już wróciła...

Do widzenia

Okazja nadarzyła się już po kilku dniach. Psy dostawały jedzenie codziennie po południu i zazwyczaj przynosił je młody chłopak. Stawał przy każdej klatce, coś tam serdecznie do każdego psa zagadywał i wstawiał pełną miskę. Dżok najpierw miał zamiar nie jeść, pomimo tej serdeczności. I pomimo tego, że jedzenie pachniało całkiem nieźle. Ale potem zrozumiał, że jeżeli ma mieć siły na powrót, musi jeść. Dlatego witał chłopaka paroma kiwnięciami ogona i pochylał się nad tą nie swoją miską. I jadł.

Ale któregoś dnia chłopak nie przyszedł, a zamiast niego pojawiła się kobieta. Dżok podniósł się czujnie. Jeszcze jej nie widział, chociaż chyba trochę nią pachniało dookoła, więc musiała bywać między psami częściej. Kobieta podeszła do Dżokowej klatki, otworzyła ją, żeby wstawić miskę i w tym momencie jej uwagę przyciągnął hałas w kącie podwórza. Odwróciła się w tamtą stronę, a Dżok tylko na to czekał. Wyskoczył z klatki jednym wielkim susem, potrącając przy tym kobietę, która zachwiała się na nogach i ciężko przytrzymała klatki. Chciała zawołać za psem, ale już go nie było widać. A w dodatku zupełnie nie mogła sobie przypomnieć, jak miał na imię.

Dżok pognał prosto do bramy, która na szczęście była otwarta. Powinien się zatrzymać, żeby określić kierunek, ale na razie się bał. Najpierw musiał się oddalić, czas na wszelkie decyzje nadejdzie później. Dopiero po przebiegnięciu dwóch kilometrów odważył się stanąć. Uniósł głowę i zaczął węszyć. Nie czuł żadnego znajomego zapachu, ale wiedział, że dom musi być tam, skąd dochodził przytłumiony trochę szum miasta. Tam musiał się dostać, żeby znaleźć zapach, który pozwoli mu wrócić do domu. Wiedział, że droga będzie długa, ale wiedział też, że musi szukać domu. Że po raz drugi nie przeżyje już jego utraty. I że najlepiej zrobi, jeżeli będzie się spieszył, bo przecież w każdej chwili chłopak od misek może się pojawić i zacząć go gonić. I wtedy trudno będzie rozsądnie szukać drogi do domu.

W stronę miasta

Dżok ruszył szybkim kłusem w stronę wielkiego miasta, przeszukując powietrze w nadziei na napotkanie czegoś znanego. Taki miarowy kłus powinien pozwolić mu biec długo, chociaż łapy Dżoka nie były już łapami młodego psa. I bolały trochę bardziej, niż parę lat wcześniej. Ale Dżok nie miał zamiaru zwracać na to zbyt wielkiej uwagi, a już na pewno nie pozwoliłby, żeby jakiś tam głupi ból powstrzymał go w drodze do domu. Dzień był miły i ciepły, chociaż zachowywał się tak, jakby powoli chciał się już zakończyć. Ale to nie było żadną przeszkodą dla Dżoka. Świat zapachów jest dokładnie taki sam nocą, jak w ciągu dnia. Może tylko niektóre kształty stają się trochę inne. Może tylko trudniej jest zauważyć coś, co nie pachnie. Co zamyka drogę tylko tym, którzy to widzą. Bo jest wyżej niż psi łeb i jest pomalowane na biało i czerwono, co dla psa nie ma żadnego znaczenia. I nawet zdecydowana poprzeczność tego czegoś nic już nie mogła zmienić i z pewnością nie mogła Dżoka powstrzymać.

Dlatego Dżok wbiegł tam, gdzie wcale nie powinien był wbiegać, przynajmniej nie w tej chwili. Bo w tej chwili z boku nadjechało coś, co huczało i dudniło. I nagle cały świat Dżoka stał się jednym wielkim dudnieniem i błyskiem. A potem zgasł.

Dżok biegł lekko w stronę miasta. Jeszcze nigdy nie biegło mu się tak lekko. Jego łapy ledwo muskały ziemię, właściwie czasem wręcz się nad ziemią unosił. Czuł się młody i silny. I nie musiał już szukać. Wiedział, w która stronę musi się kierować.

Miasto przywitało go zwykłym gwarem i szumem, ale Dżok prawie go zauważał. Drgnął tylko, kiedy minął ulicę, w którą powinien skręcić, chcąc trafić do małego domku. Biegł dalej.

Na przystanku było pusto, o tej porze ludzie rzadko kiedy czekają na tramwaje. Dżok przysiadł na trawie, która już dawno zdążyła się zapomnieć jego kształt. Skrzynki też nie było, ale to już nie miało żadnego znaczenia. Dżok wiedział, że nie będzie długo czekał.

Tramwaj nadjechał po chwili. Zatrzymał się na przystanku, a ze środka wysiadły tylko dwie osoby. Dżok zerwał się na równe nogi. Jeszcze stał, tylko łapy mu drżały, bo wiedział, że za chwileczkę rzuci się do tych najważniejszych na świecie rąk i nóg i zapachów.

- Dżok! – nie było zaskoczenia w głosie Pana i Pani. Oni też wiedzieli, ze pies będzie na nich czekał. W końcu przyjechali specjalnie po niego. Ale w ich głosach brzmiała najczulsza radość, kiedy obydwoje klepali tańczącego obok nich psa, który bardzo chciał jednocześnie oblizać obie ukochane twarze i zupełnie nie wiedział, jak tego dokonać.

- Chodź, Dżok, chcieliśmy cię komuś pokazać – powiedział Pan i Dżok ustawił się pomiędzy nim a Panią, chcąc czuć ich obydwoje.

Przy stole siedział siwy starzec z długą brodą. Dżok chyba nigdy go wcześniej nie widział, ale nie czuł się obco. Wręcz przeciwnie, w pochylonej sylwetce było coś do głębi znajomego.

- Panie Boże – szepnął Pan Dżoka w stronę starca, ale ten nawet nie drgnął.

– Nie dosłyszy trochę, jest już bardzo stary – powiedział Pan do Dżoka i do Pani i delikatnie dotknął pomarszczonej dłoni

- Panie Boże – powiedział jeszcze raz - to jest właśnie Dżok.

Starzec podniósł wyblakłe niebieskie oczy i popatrzył na psa. Twarz zmarszczyła mu się w najcieplejszym z ciepłych uśmiechów, a dłoń spoczęła na psim łbie. Niepotrzebnie Pan Dżoka z niepokojem zerknął, czy Dżok umie się zachować. Dżok wcale nie miał zamiaru warknąć. Przeciwnie. Szerokim, szczęśliwym jęzorem oblizał głaszczącą go dłoń. A potem jeszcze Panią i Pana. Był w domu.

Barbara Borzymowska
źródło: vege.pl








Cieszymy się, że tu trafiłaś / trafiłeś.

Prowadzimy prace nad przygotowaniem wersji mobilnej portalu wegemaluch.pl

Ta wersja platformy mobilnej jest w fazie testów! Prosimy o cierpliwość! (niektóre funkcje mogą nie działać w tej chwili)

 

  • 1
  • 2
  • 3
Poprzedni Następny
Edukacja po polsku

Edukacja po polsku

Opowieści

Przez ostatni rok najczęściej poruszanym tematem było co dalej z edukacją naszego dziecka. Co wybrać: zerówkę w przedszkolu czy jednak w szkole, a może  dać ją do pierwszej klasy. Czytałam wszystko...

Jak odkryłam wegetarianizm na nowo

Jak odkryłam wegetarianizm na nowo

Opowieści

Miałam to ogromne szczęście i rzadką okazję jak na tamte czasy, że wychowywałam się w rodzinie wegetariańskiej. Moja mama przestała jeść mięso niedługo po moim urodzeniu, a pozostała trójka mojego...

Co babcia i dziadek z bizonami i androidami ma wspólnego?

Co babcia i dziadek z bizonami i android…

Opowieści

Kiedy myślę o babciach i dziadkach, przypomina mi się dzień 60. urodziny dziadka moich dzieci. Dostał wówczas obraz od własnej dwójki dorosłych już pociech, przedstawiający starszego mężczyznę – zakładam dziadka...

Miffy - mała, energiczna króliczka - konkurs 'Lubię czytać'

Miffy - mała, energiczna króliczka - kon…

Opowieści

Naszą ulubioną bohaterką jest Miffy- mała, energiczna króliczka, która przeżywa codziennie wiele fascynujących przygód. Wygląda niepozornie- jej buzia to zaledwie dwie kropki i krzyżyk. Z Miffy bawimy się w zgadywanki, poznajemy...

Totalna rewolucja - konkurs 'Lubię czytać'

Totalna rewolucja - konkurs 'Lubię czyta…

Opowieści

Długo zastanawiała się czy coś napisać... no bo właściwie czy ja mam ulubionego bohatera? Kocham wszystkie książki a bohaterów jest mnóstwo... I nagle podczas porannego biegu oświeciło mnie. Przecież...

Heidi, malutka Szwajcarka - konkurs 'Lubię czytać'

Heidi, malutka Szwajcarka - konkurs 'Lub…

Opowieści

Jedną z najsympatyczniejszych bohaterek mojego dzieciństwa była Heidi, malutka Szwajcarka, która swoimi przygodami potrafiła przenieść mnie w Świat bardzo odległy, ale dający mi – również małej wówczas czytelniczce – możliwość...

Mój Świat Małego Księcia - konkurs 'Lubię czytać'

Mój Świat Małego Księcia - konkurs 'Lubi…

Opowieści

Pamiętam jak kiedyś moja mama przeczytała mi „Małego księcia” Antoinego de Saint- Exupér’ego. Oczywiście nie rozumiałam przesłania książki, ale słyszałam opowieść jakby o mnie. Dziecko rysuje słonia zjedzonego przez węża...

Kwestia… smaku

Kwestia… smaku

Opowieści

Mówcie, co chciejcie, kotlet schabowy to symbol polskiej narodowej dumy. Danie może niezbyt wyrafinowane, szybkie w przygotowaniu i prócz tłuczka niewymagające wielu instrumentów, ale nasze, polskie! (Na użytek tej tezy...

Jestem gąbką chłonącą dary natury

Jestem gąbką chłonącą dary natury

Opowieści

Zielono tu, prawda? To czarodziejska kraina, do której klucz ma dziadziuś w kieszeni swej ogromnej torby. Otwiera kłódkę i pod moimi trzewikami gnie się soczysta trawa. Dookoła mnóstwo kwiatków, zupełnie jak...

Nikt nie mówił, że będzie lekko...

Nikt nie mówił, że będzie lekko...

Opowieści

Mieszkałam na wsi. Cotydzieńnością było zabijanie kurczaka na obiad, raz na kilka miesięcy „świniobicie”, na które schodziła się cała wieś. A kiedy rzeźnik skończył swoją pracę, zaczynała się wioskowa impreza...

Długa droga do wegetarianizmu

Długa droga do wegetarianizmu

Opowieści

W moim domu od zawsze jadło się mięso. Niedzielny obiad to tradycyjnie rosołek i kurczak z ziemniakami delikatnie „przybrudzony” surówką. I kompot z wiśni. Nawet dzisiaj mimo, że minęło już...

Małe kroki, wielka rzecz…

Małe kroki, wielka rzecz…

Opowieści

Akcja „Zdrowy Przedszkolak” rozpoczęła się niemal rok temu. Od tego czasu ponad 7 tys. osób podpisało petycję na rzecz poprawy jakości  posiłków podawanych w przedszkolach. Kilkadziesiąt przedszkoli wprowadziło zmiany w...

Najadacze.pl

Najadacze.pl

Opowieści

Kasia i Daniel od maja 2011 prowadzą wegański catering Najadacze.pl Ich działalność jest wynikiem pasji podróżniczej oraz szacunku dla wszystkich form życia na Ziemi. „Nasza firma zajmuje się głównie sprzedażą...

Legenda o stworzeniu...

Legenda o stworzeniu...

Opowieści

Gdy tylko dobry Bóg stworzył psa, ten polizał Jego rękę, a Bóg pogłaskał go po głowie.- Czego chcesz, piesku?- Dobry Boże, chciałbym mieszkać u Ciebie, w niebie, na macie przed...

Wegetarianizm i dieta wegetariańska

Wegetarianizm i dieta wegetariańska

Opowieści

Moja Wegetariańska ścieżka. Wszystko zaczęło się w 1991 roku. Usłyszałam wtedy na własne uszy świadectwo człowieka, który przestał jeść mięso i po latach stosowania diety wegetariańskiej był w doskonałej formie. Uprawiał...

Polska rowerowa

Polska rowerowa

Opowieści

Pierwszego września wszystko było tak jak zawsze, Tiger, nasz kocur, obudził nas o 4-tej nad ranem. Za oknem słońce budziło nowe życie, nowe nadzieje – nowy dzień. Czas biegł niebłagalnie...

Pierwsze góry

Pierwsze góry

Opowieści

Skład wyprawy: Jarek, Magda, Kaja (6 mc), Zorek (1,5 roku). Cechy wspólne: wolność, szaleństwo, umiłowanie przyrody wraz z jej kontemplacją. Pierwszy etap związany był z pakowaniem. Dwa plecaki musiały pomieścić nas...

Wegemaluch.pl Udostępnia materiały na licencji CC BY-NC-ND 4.0 Międzynarodowe. Materiały nieoznaczone CC BY-NC-ND 4.0 - Copyright by WegeMaluch.pl & MagYa 2011-2014. All rights reserved.

Wróć na górę

O Wegemaluch    O Nas    Regulaminy    Polityka Prywatności    Reklama    Promocja    Patronat    Admin    Kontakt    Faq    RSS    Toolbar

coffe Jesteś pewny by przełączyć w wersję dla komputerów stacjonarnych PC?